Właściciele firm budowlanych, ziemnych i transportu bliskiego mają zwykle dobre wyczucie, ile kosztuje ich sprzęt. Znają ratę leasingu, wiedzą, ile pali maszyna i za ile kupili ostatni komplet filtrów. O jedną liczbę jednak prawie nigdy nie pytają: ile kosztuje doba, w której maszyna nie pracuje.

Powód jest prosty. Ta liczba nie pojawia się na żadnym dokumencie. Nie ma jej w księgach, nie wystawia jej nikt z zewnątrz, nie widać jej w zestawieniu kosztów za kwartał. A decyduje o rzeczach ważnych: o tym, czy opłaca się wezwać serwis w sobotę, czy poczekać do poniedziałku, i o tym, czy naprawa za cztery tysiące jest droga, czy tania.

Z czego składa się doba postoju

Rachunek robi się z liczb, które firma i tak ma w papierach. Wystarczy je zebrać w jednym miejscu.

Rata leasingu albo amortyzacja. Należna niezależnie od tego, czy maszyna pracuje. Podziel miesięczną ratę przez liczbę dni roboczych – przy racie ośmiu tysięcy złotych i dwudziestu jeden dniach roboczych wychodzi około 380 zł dziennie.

Wynagrodzenie operatora. Płacisz mu za dniówkę także wtedy, gdy spędzi ją na czekaniu. Licz z narzutami pracodawcy, nie kwotę „na rękę”.

Ludzie i sprzęt zależni od tej maszyny. To pozycja najczęściej pomijana i zwykle największa. Jeśli koparka nie ładuje, wywrotka stoi pod ścianą, a brygada nie ma czego robić. Jedna unieruchomiona maszyna potrafi zatrzymać pięć osób.

Wynajęty sprzęt towarzyszący. Zagęszczarka, walec, kontener, pompa – wynajem naliczany jest dobowo i nie interesuje go awaria.

Konsekwencje terminowe. Przy kontraktach z karami umownymi ta pozycja bywa większa od wszystkich poprzednich razem. Nawet bez kar płacisz przesunięciem harmonogramu na kolejne tygodnie i pracą, którą trzeba nadrobić w nadgodzinach.

Przykład, który łatwo przełożyć na własną firmę

Mała firma ziemna, koparka gąsienicowa klasy dwudziestu ton. Rata rozłożona na dni robocze daje 380 zł. Operator z narzutami to około 350 zł. Dwóch ludzi z brygady, którzy bez maszyny nie mają zadania – kolejne 600 zł. Wynajęta wywrotka 800 zł za dobę.

Razem 2130 zł za jeden dzień postoju, zanim ktokolwiek dotknął maszyny kluczem. Przy ośmiogodzinnej zmianie to około 265 zł za godzinę. W firmie z pięcioma maszynami i kontraktem z terminem umownym ta sama liczba bywa trzykrotnie wyższa.

Warto tę kwotę policzyć raz i zapisać. Nie po to, żeby robić z niej wskaźnik, tylko po to, żeby mieć ją pod ręką w momencie, w którym trzeba szybko zdecydować.

Trzy drogi po awarii i ile naprawdę trwają

Gdy maszyna staje w terenie, są w praktyce trzy wyjścia. Różnią się nie tyle ceną robocizny, ile liczbą dni.

Transport do warsztatu. Maszyna gąsienicowa wymaga zestawu niskopodwoziowego, a przy przekroczeniu dopuszczalnych wymiarów także zezwolenia na przejazd pojazdu nienormatywnego – to załatwia się z wyprzedzeniem, nie tego samego popołudnia. Do kosztu dwóch kursów dochodzi jednak coś droższego: kolejka. Maszyna czeka na wolne stanowisko i na części. Od wezwania lawety do powrotu sprawnego sprzętu mija zwykle od kilku dni do dwóch tygodni.

Naprawa własnymi siłami. Sensowna przy usterce mechanicznej i widocznej. Przestaje być sensowna, gdy w grę wchodzi elektronika – wymiana podzespołu bez wgrania kodów i kalibracji kończy się drugą awarią, tym razem droższą. Osobną pułapką jest diagnoza po objawach: wymiana kolejnych części „na wszelki wypadek” to dwa dni i kilka tysięcy złotych wydane na sprawdzanie hipotez.

Serwis przyjeżdżający na miejsce. Tu warsztat jedzie do maszyny, a nie odwrotnie. Samochód serwisowy przywozi narzędzia, komputer diagnostyczny, prasę do węży i typowe części eksploatacyjne. Płacisz za dojazd i roboczogodzinę, ale nie płacisz za dwa kursy lawety, zezwolenia i tydzień w kolejce. Firmy oferujące mobilny serwis maszyn budowlanych usuwają w ten sposób sporą część typowych awarii: przewody hydrauliczne, usterki elektryki, problemy z układem paliwowym, wymianę czujników i uszczelnień, diagnostykę sterowników.

Przy stawce z naszego przykładu rachunek zamyka się szybko. Jeśli wyjazd serwisu skraca postój z sześciu dni do jednego, oszczędzasz około jedenastu tysięcy złotych. Dojazd i robocizna są przy tej liczbie pozycją drugorzędną.

Kiedy warsztat mimo wszystko wygrywa

Uczciwie: nie każdą awarię da się i warto usuwać w terenie. Remont silnika, skrzyni czy zwolnicy wymaga stanowiska i czystości, których na placu nie ma. Podobnie prace spawalnicze przy ramie. Jeśli maszyna stoi w wykopie albo na terenie, gdzie samochód serwisowy nie dojedzie, decyzja też podejmuje się sama.

Trzeci przypadek jest mniej oczywisty: maszyna, która zbiera usterki od miesięcy. Jeden wyjazd niczego wtedy nie zamknie. Lepiej zaplanować kilka dni w warsztacie w okresie, w którym sprzęt i tak nie pracuje – wtedy koszt przestoju spada do zera i cała kalkulacja wygląda inaczej.

Technik mobilnego serwisu naprawia maszynę budowlaną bezpośrednio na placu

Reguła, która wystarcza do decyzji

Nie trzeba liczyć wszystkiego od nowa przy każdej awarii. Wystarczy porównać dwie kwoty. Naprawa na miejscu to dojazd plus robocizna, części i jeden dzień przestoju. Naprawa w warsztacie to transport w obie strony plus robocizna, części i liczba dni oczekiwania pomnożona przez własną stawkę przestoju.

Przy usterkach hydrauliki, elektryki, układu paliwowego i elektroniki druga liczba niemal zawsze wychodzi wyraźnie wyższa. Przy remontach głównych podzespołów – odwrotnie. Cała sztuka polega na tym, żeby przypisać awarię do właściwej grupy w ciągu pierwszej godziny, a nie trzeciego dnia.

Co zrobić w tym tygodniu

Policz stawkę przestoju dla dwóch najczęściej używanych maszyn i zapisz ją tam, gdzie zajrzysz w pośpiechu. Do tego dopisz komplet danych, których serwis potrzebuje przy zgłoszeniu: markę, model, numer seryjny, stan motogodzin, pełny kod błędu z wyświetlacza i opis okoliczności. Te dwie kartki oszczędzają najwięcej dokładnie wtedy, gdy sprzęt staje w najgorszym możliwym momencie.

Serwisem maszyn budowlanych, rolniczych i leśnych realizowanym w terenie zajmuje się między innymi HMS Machinery, gdzie znaleźć można zakres napraw wykonywanych bezpośrednio na budowie oraz formularz zgłoszenia serwisowego.